Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IV Malezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IV Malezja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 marca 2012

Ostrzeżenie przed bankiem BZ WBK w podróży!!!

Faktem, któremu nie da się zaprzeczyć jest ogromne znaczenie dobrego gospodarowania oszczędnościami i bieżącymi wydatkami w podróży. Przed wyjazdem bardzo dokładnie rozważyliśmy różne oferty i zdecydowaliśmy się powierzyć nasz wyjazdowy kapitał bankowi BZ WBK w Gdańsku. Odwiedzinom w oddziale i pytaniom z naszej strony nie było końca, ale nie mogliśmy ryzykować wpadki.
Niestety, nie spodziewając się tego w ogóle wpadliśmy w pułapkę. Przez rażącą niekompetencję pracowników naszego oddziału oraz opieszałość i dezinformację ogólną Banku straciliśmy część naszych oszczędności. Pochłonął je bank.
Zacząć należy od tego, iż pracownik, który doradzał nam założenie kont walutowych w dolarach amerykańskich nie miał bladego pojęcia o mechanizmie funkcjonowania tego konta, przez co naraził nas na poczwórne przewalutowanie każdej dokonywanej przez nas transakcji. Wprowadził nas także w błąd niezgodnymi z prawdą informacjami na temat różnic pomiędzy użytkowaniem kart Visa i Master Card za granicą. Kiedy zorientowaliśmy się, że koszmarnie duże kwoty znikają z naszych kont w niewiadomym kierunku (a było to już poza Polską) próbowaliśmy kontaktować się z naszym oddziałem i infolinią banku. Zbyci zapewnieniami, że nasza sytuacja zostanie rozpatrzona i wyjaśniona czekaliśmy prawie dwa tygodnie na obiecany odzew- bez rezultatu. W końcu z pomocą zaprzyjaźnionego prawnika wysłaliśmy oficjalną reklamacje do BZ WBK. Ponieważ byliśmy w tym czasie w Malezji, w naszej reklamacji podkreślaliśmy, że prosimy o kontakt mailowy, z uwagi na naszą długotrwałą podróż. Czekaliśmy i czekaliśmy na jakiś odzew. W końcu, po około 1,5 miesiąca okazało się, że odpowiedziano nam pocztą, na adres domowy, gdzie naszą korespondencję raz na jakiś czas odbiera rodzina. Odpowiedź była zbywająca. Bank nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności ani nie pomoże nam rozwiązać tej sprawy, bo nie mamy jak udowodnić tych wszystkich niedopatrzeń. Nie wiem czy rozmowy na infolinii nie są nagrywane i czy pewnych zdarzeń nie dałoby się odtworzyć, ale działanie na odległość jest jak walenie głową w mur. Wszyscy nas zbywają, nic nie da się załatwić bez osobistej rozmowy. W związku z powyższymi wydarzeniami musimy skrócić naszą podróż o około dwa miesiące i bądźcie pewni, że po powrocie definitywnie zakończymy współpracę z BZ WBK. Wam też odradzamy korzystanie z usług tego banku.

wtorek, 28 lutego 2012

Wyspiarskie pożegnanie z Malezją

Już kilka dni temu mieliśmy zamiar przekroczyć malezyjską granicę i pożegnać się z ukochanymi naleśnikami- roti, deszczowymi nocami i tanią jak barszcz benzyną. Byliśmy zaledwie pół godziny drogi od granicy, kiedy przypadkowo spotkany Niemiec zamieszał w naszych planach. Rozbudził w nas ogromną ciekawość i chęć poznania małej, uroczej wysepki Perhentian. Czy mogliśmy nie sprawdzić na własne oczy tych wszystkich zasłyszanych o niej ochów i achów? 

Perhentian, podobnie jak wyspa Tioman, na której jeszcze nie dawno zrobiliśmy sobie wakacje, leży na morzu Południowo- Chińskim. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam wody, o tak intensywnie turkusowym kolorze. Jest ona jednocześnie tak przejrzysta, że umożliwia obserwowanie podwodnego świata na kilka metrów w głąb. 
Na wyspę można dostać się tylko motorówką, która wyskakuje na falach, zupełnie odrywając się od powierzchni wody, po czym z hukiem opada znowu na jej taflę. Pierwsze chwile są jak na karuzeli w wesołym miasteczku i wszyscy jesteśmy rozbawieni tym sposobem jazdy, ale po dłuższej chwili mój żołądek zaczyna protestować. Na szczęście przeprawa trwa zaledwie 40 minut. Wysiadamy na plaży i już jest cudownie. Ta nieziemsko niebieska woda, bialutki piasek, palmy... 
Bez problemu znajdujemy miejsce na rozbicie obozowiska. Nasze namioty stanęły na południowym skraju wyspy. Camping ulokowaliśmy między drzewami, które dostarczają nam zbawiennego cienia w najgorętszych chwilach dnia. Z przodu mamy prywatne, kompletnie puste kąpielisko z rafą koralową tuż przy brzegu. Z tył wyłania się zatoczka okolona ogromnymi głazami, gdzie woda jest wyjątkowo ciepła.  Zatoka jest też rajem dla snoerklingu, ponieważ jej wody kryją tak bogatą rafę koralową, tyle morskich stworzeń, że ciężko uwierzyć w ich realne istnienie. Naszym jedynym problemem jest decyzja w którym miejscu wskoczyć do wody. 

Zapominamy na kilka dni o prysznicu, motorach i codziennym planowaniu trasy. Zaraz po przebudzeniu wskakujemy do wody, potem zjadamy śniadanko w okolicznej knajpce, trochę spacerujemy. Punktem kulminacyjnym każdego dnia jest snoerkling. Zakładamy maski i rurki, i odpływamy do innego świata. Koralowe skały są tak ogromne, że pomimo kilku metrów głębokości wody zahaczamy o nie kolanami. Każda szczelina kryje w sobie niespodzianki. A to sterczą z niej złośliwe igły jeżowców, a to umościł tam sobie gniazdko jakiś krab lub małż. Zaczepiamy ogromne muszlowate stwory, które zaciskają i otwierają swoje paszcze. Bawimy się z rybkami Nemo, które walecznie pilnują swoich falujących domków z koralowych macek. Piękne są skamienieliny w fioletowym i turkusowym kolorze, a także ogromne stożkowate muszle. Wszystko nas zachwyca. Nad nami i wokół nas pływają ławice rybek we wszystkich kolorach świata. Czasem są bardzo duże, ale nic sobie nie robią z naszej obecności. Pierwszy raz czuję na własnej skórze jak niesamowita jest głębia oceanu, jak rozwinięty i żywy jest podwodny świat. 
Ostatniego dnia naszych podwodnych wypraw, Antka dzień został uwieńczony dodatkowo spotkaniem półtorametrowego rekina. Na szczęście zwierz chyba był po obiedzie, ale napędził Antkowi, a przy okazji nam wszystkim stracha. W nagrodę za ciężkie i stresujące przeżycia nadpłynął żółw morski i dwie płaszczki. Takie to mój mąż przyciąga stworzenia:-) 

Wieczory na wyspie są długie, a rozpoczyna je wieczorna pieśń imama z meczetu znajdującego się na sąsiednim brzegu. Kiedy słyszymy jego nawoływanie, możemy być pewni, ze wkrótce zapadnie zmrok. Każdy dzień kończymy kolacja, podczas której jeszcze raz przeżywamy wszystkie widziane pod wodą cuda, pokazujemy sobie zdjęcia. Na dobranoc, tradycyjnie przenosimy się w świat skandynawskich mitów. jeszcze tylko szybkie spojrzenie w niebo i zasypiamy.
 W takim sielankowym nastroju mija nam czas na Perhentian. Takie pożegnanie z Malezją zostawi w nas cudowne wspomnienia z tego kraju.

wtorek, 21 lutego 2012

Taman Negara, pijawki i błoto.

Ostatni wpis, jaki zostawiłam na blogu dotyczył naszych wakacji w podróży, na wyspie Tioman... Tak, to był raj. Zauważyłam pewną sinusoidalną tendencję w tych wojażach, także po wypoczynku musiał nadejść czas na trochę wysiłku. Trochę... albo trochę więcej :-p 
Ale od początku. Taman Negara jest duuużym, bardzo dużym Parkiem Narodowym, chociaż pojęcie Park mało pasuje do kilkuset letniego lasu deszczowego i błotnistej rzeki szerszej i bardziej rwącej niż sama Wisła. W tym własnie parku postanowiliśmy pospacerować kilka dni, a było to tak...

Pierwszego dnia wybraliśmy sie z Antonim na mały rekonesans, żeby sprawdzić trudność trasy, warunki i w ogóle o co chodzi w tym deszczowym lesie. Po całym dniu skakania z korzenia na korzeń, nieludzko brudni i zziajani doszliśmy do wniosku, że chodzi o dwie rzeczy: błoto i pijawki. Jednego i drugiego tu z pewnością nie brakuje. Jedno i drugie jest irytujące do granic wytrzymałości i uniemożliwia podziwianie tego, co dookoła, a zmusza do całodziennej obserwacji własnych stóp i tego, co pod nimi. Pijawki są na tyle uprzejme, ze pomimo swojego obrzydliwego i oślizgłego wyglądu nie sprawiają bólu. Wbijają się w skórę cichaczem i spokojnie wysysają krew. Czasem trochę poszczypią, ale to nic w porównaniu z ugryzieniem komara. Cała frajda zaczyna się, kiedy żywiciel pijawki próbuje się jej pozbyć. To tak jak zabieranie psu kości z przed nosa. Pijawka wierzga i atakuje, wije się i nie odpuszcza. Jej bronią jest jakaś nieznana mi bliżej wydzielina, która utrudnia krzepnięcie krwi, także po oderwaniu takiego robala krew sika wartkim strumieniem i nie da się jej żadną siłą zatamować. Nauczeni doświadczeniem, kolejną wyprawę w dzicz odbywamy w dodatkowej parze skarpet, które oszczędzają trochę nasze stopy przed pożarciem. 




Nasz kolejna wyprawa jest z resztą bardzo dobrze przemyślana pod wieloma innymi względami, ponieważ zamierzamy spędzić w lesie noc. Jednak zanim noc... Cały dzień znowu maszerujemy dzielnie przez to dżunglowate bagno. Zaliczamy wywrotki, brodzimy w strumieniach, przeciskamy się pod zwalonymi pniami. Dla tych, którzy chcieliby poczuć się jak Tarzan- wymarzone miejsce! Na ostatnim kilometrze trasy czeka na nas największa przeszkoda. Rwąca, błotna rzeka, szeroka na około 15 metrów o nieokreślonej głębokości, a mostu brak. Na szczęście między drzewami po obu jej stronach ktoś rozpiął solidną linę. Antek na wyciągniętych rękach był w stanie ją złapać, ja złapałam Antka plecak i tak krok po kroku, w wodzie po pas udało się nam dotrzeć na drugi brzeg. Z stamtąd dzieliło nas zaledwie 500 metrów od chaty, gdzie mieliśmy spędzić noc. Chatka jest w zasadzie czymś w rodzaju zadaszonej wieży obserwacyjnej, umieszczonej na wysokości około trzeciego piętra. Dzięki takiej konstrukcji można spać w jej wnętrzu, bez obaw przed pożarciem przez jakiegoś dzikiego stwora, węża  czy skorpiona. W środku znajdujemy 6 zbitych z desek, piętrowych łóżek, drewnianą ławkę i pojemnik, w którym możemy schować jedzenie, aby nie zjadły go w nocy myszy. Z czasem schodzą się kolejne osoby, które chcą przeżyć tak jak my, noc w sercu dżungli. Jest tam trójka Francuzów, Niemiec i czwórka Amerykanów- ornitologów. Do zapadnięcia zmroku obserwujemy przyrodę wokół domku, ale żadne dzikie zwierzę, poza świetlikami nie chce się wyłonić z gęstwiny. Po zachodzie słońca nie mamy już zbyt wiele do roboty, ponieważ ciemność w lesie jest nieprzenikniona. Nie widzę nawet czubka własnego nosa. Ciemność przełamują tylko głosy owadów i ptaków, które współgrają ze sobą jak dobra orkiestra symfoniczna, a w końcu także deszcz i błyskawice. Do rana leje jak z cebra, ale budzi nas już słonko i kolejny upalny dzień. 
Przed nami powrót, kolejne kilkanaście kilometrów, tym razem jednak trochę łatwiejszą trasą, mniej błotnistą i mniej licznie zaopatrzoną w pijawki. Mimo to do celu docieramy padnięci. Ja w zasadzie porzuciłam już nadzieję, że ta męka kiedyś się skończ i idę przed siebie tylko dlatego, że boję się sama zostać w lesie :-(








 Koniec końców Antek w miarę energicznie, a ja resztkami sił dotarliśmy po czym nawet nie miałam siły się umyć. Padłam i dopiero po przespaniu 14 godzin mogłam dalej funkcjonować. Ufff. Koniec.

wtorek, 14 lutego 2012

Wysepka Tioman :-)


Po wieolkomiejskim szyku i zgiełku, którego posmakowalismy w Singapurze skaczę z radości, bo znowu ruszamy w nieznane. Przed nami całe wschodnie wybrzeże, które jest jeszcze żadko odwiedzane przez turystów, a lokalnych tez tam nic nie ciągnie. Jako pierwszy cel obieramy sobie wysepkę Tioman, leząca na morzu Południowo- Chińskim. Musimy porzucić nasze motory, bo na wyspie nie ma dróg i wsiadamy na prom, który dowiezie nas na jej północny kraniec, na plażę Salang.
Początkowo myślałam, ze Salang, to miejscowość na wyspie, jednak jest to zaledwie kilka drewnianych domków, kilka knajpek dla odwiedzających to miejsce i długie molo, gdzie cumują łodzie. Plaża jest wysypana żółciutkim piaskiem, który przepięknie kontrastuje z turkusowo- błękitną wodą. Pod taflą wody ukrywa się rafa koralowa, którą codziennie po trochu odkrywamy. Jesteśmy oszołomieni tym zjawiskiem, rybami, które tam oglądamy i innymi zyjątkami, we wszystkich kolorach tęczy.

Godziny poza pływaniem spędzamy na tarasie naszego malutkiego, drewnainego domku grając w karty lub czytając. Wieczorem odwiedzają nas małpy, które szukają przekąsek i wielkie czarne wiewióry. W sąsiadującej z naszym domkiem rzeczce mieszka rodzinak iguan, które podczas odpływu wylegują się na piasku lub spacerują. Nigdy wcześniej nie widziałm tak gigantycznych jaszczurów, w dodatku na wyciągnięcie ręki. Miejscowa kobieta, zapytana czym się żywią iguany, odpwoiedziała nam, że ogonami kotów... Mamy wątpliwości, co do słuszności tego stwierdzenia, ale faktycznie większość kotów na wyspie ma dziwnie poukręcane, poodrywane w pół długości ogony...

Już dawno nie czuliśmy się tak egzotycznie i wakacyjnie... gramy w karty, wcinamy nalesniki i pyszne grilowane przysmaki, czytamy książki, a panowie łowią ryby. Zycie płynie tu leniwie, ale wspaniale i beztrosko. Zazdroszczę Robinsonowi i tym wszystkim rozbitkom na bezludnych wyspach... Ehh

niedziela, 5 lutego 2012

Melaka my love :-)


Melaka, to nasz ostatni przystanek na zachodnim wybrzeżu Malezji. Ostatni, ale nie najsłabszy. Wręcz przeciwnie. Miasto nas oszałamia i intryguje na tyle mocno, że postanawiamy spędzić tam chwilę dłużej. Jest to miasteczko, które kiedyś było istotnym portem na azjatyckich szlakach handlowych. Wpływały tu kompanie indyjskie, statki europejskich kolonizatorów i okręty wiozące herbatę i opium z Chin. Port tętnił zyciem, a kolejni władcy i bogacze walczyli o tutejsze wpływy. Dowodem ttych międzynarodowych rzepychanek jest architektura miasteczka, która stanowi wilobarwny kolaz. Część miasteczka jest typowo chińska. Bardzo stare domki, ze sklepikami na parterze i duzymi oknami na piętrze, ustawione w wąskich uliczkach. Drobni sprzedawcy, fryzjerzy i właściciele herbaciarni, to właśnie Chińczycy. Kilka przecznic dalej wznoszą sie solidne, wymurowane z czerwonej cegły portugalskie budowle. Kościół katolickii, kilka domków i duży budynek, który być może służył dawnej jako spichlerz. Czuć w nich europejskiego ducha, ale wyraźnie można je odróżnić od brytyjskich, bialutkich kolonialnych domków i rezydencji. 

Wszystko to utrzymane jest w doskonałym stanie i zakonserwowane razem z panującym tu niegdys klimatem. Mam wrażenie, że kiedy zamkne oczy usłysze nawoływanie marynarzy w porcie.

Do tego wszystkiego odkrywamy w końcu malezyjskie rękodzieło i wyroby artystyczne. Jest tu tego sporo i nie możemy się oprzeć kupieniu kilku drobiazgów. 

sobota, 4 lutego 2012

Słów kilka o Kuala Lumpur


Góry, jaskinie i rzeki na razie opuszczamy. Dzisiaj mamy zamiar dotrzeć do stolicy i troszkę się ucywilizować. Zanim jednak... w drodze zahaczamy o Shah Alam i jego słynny Blue Mosque tzn. Niebieski Meczet. Meczet jest imponujący ze względu na swoje rozmiary. Jego centarlna częśc, uwieńczoną ogromną błękitną kopułą, wspierają cztery skrzydła. Na każdym skrzydle wznosi sie minaret, także zakończony niebieskim daszkiem. Wszystko lśni w słońcu i trochę przytłacza swoją wielkością. Do środka wolno nam wejść tylko pod opieka strazniczki. Obie z Ada musimy zakryc głowy chustami, ja do tego dostaję szatę z długimi rękawami, bo mój t-shirt jest tu niedopuszczalny. Meczet w środku wyglada jak meczet, czyli pusto, ale wykorzystujemy do maksimum okazję zadania wszystkich gnębiacych nas pytań pani przewodniczce. 
Poczynając od istoty islamu, a kończąc na slubach i weselach wysysamy z niej mnóstwo inforamcji. Udaje się nam także zobaczyc to mniej formalne zycie światyni. Jej bibliotekę, salę slubów i salę wykładową. Inscenizujemy nawet uroczystość zawarcia małżenstwa ze wskazówkami naszej opiekunki.
Naszpikowani dużą dawką nowych wiadomości ruszamy do Kuala Lumpur, który tutaj wszyscy nazywają „Ka El”. Trochę jak Los Angeles „El Ej”, tak oni stworzyli sobie swój modny skrócik.

Witają nas serpentyny autostrad i wieżowce. Całe morze wieżowców i drapaczy chmur. Na szczęście lokum znajdujemy w mniejszej uliczce, z budynkami  normalnych rozmiarów, ale całkiem blisko ścisłego centrum. Kuala Lumpur jest ogromnym i nowoczesnym miastem z brudem i bieda ukrytymi w zakamrakach i bocznych ulicach. Jest to swiat biznesu i ulicznych straganów, świat podniebnych pociagów i rowerowych ryksz. Jest jak Malezja- pełen róznic i sprzeczności, pomieszanie z poplątaniem. Nasze kilka dni przezaczone na stolicę w duzym stopniu musimy odstosowac do procedury wyrabiania tajskich wiz. Najpierw tzreba odstać swoje w kolejce pod ambasadą, potem juz w samej ambasadzie papierkowe formalności. Następnego dnia trzeba znowu odstać oczekując na wydanie wizy. W międzyczasie oglądamy miasto. Głównie z wierzchu, z metra i pociagu, z ulic i mostów. Zaglądamy w okolice bliźniaczych wież Petronas i do centrów handlowych. Zaliczamy także wystawę World Press Photo i chińską dzielnicę. W miejskim zgiełku upływają nam także urodziny Antka, któremu cały dzień serwujemy drobne niespodzianki.

Ostatnim punktem programu jest muzeum islamu, który ostatnio nas zafascynował. Teraz możemy ruszać dlaej, w końcu w kierunku Singapuru.

wtorek, 31 stycznia 2012

Jaskinia Tempurung


Po kilku dniach pełnych wrażeń, dzisiaj znowu nastawiamy się na przygodę. Zniecierpliwieni czekamy przed wejściem do jaksini Tempurng.
 Czekamy i czekamy.... i czekamy. Aby odbyć wędrówkę trasą, która wybraliśmy potrzebna jest grupa conajmniej ośmiu osób. Zaplanowaliśmy, że zwiedzimy tą grotę idąc najpierw po skalnych wzniesieniach, a następnie podwodną rzeką i jej labiryntami. Cała eskapada zajmuje około 4 godzin i nie można jej odbyć bez przewodnika, a jeśli grupa ośmiu osób nie zbierze się do godziny 11, cała akcja zostaje odwołana. Także czekaliśmy pełni napięcia i tuz przed jedenastą dlaiśmy za wygraną. Nie zdążyliśmy jednak odjechać, gdy na parkingu pojawił się samochód wypchany chińskimi studentami. Od słowa do słowa, okazało się, że mają zamiar pokonać dzisiaj nasza trasę i że jest ich akurat ósemka. W sumie w 12 osób, z przewodnikiem na czele, z latarkami w dłoni lub na głowie ruszyliśmy... Pierwsze kroki miały nas zapoznać z grotą, oglądaliśmy jej naturalne rzeźbienia i malowidła przypominające ludzi lub zwierzęta, ale wkrótce dotarliśmy do miejsca, gdzie kończyła się ścieżka przygotowana do pobieżnego zwiedzania. Przewodnik kazał nam zgasić wszystkie światła. Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę jak głęboka i czarna jest tu ciemność. Jak gęste jest powietrze i jak stłumione dźwięki. Teraz byliśmy na pewno gotowi aby ruszyć niewytyczonym szlakiem.

Zaczęło się łagodnie, ale po chwili doszliśmy do sklanej, gładkiej ściany, spod której wydostawało się źródło. Jeden po drugim wczołgiwalimsy się pod tą kamienna scianę, która okazała się grubym na kilka metrów blokiem. Drogę pod skałą przebylismy w połowie na czworaka, w połowie czołgajac się. Od tego momentu wszyscy byliśmy mokrzy i nikt juz nie próbował omijać kapiących ze stropu kropli czy zagłębień wypełnionych wodą. Coróż spotykalismy przeszkody pod którymi trzeba było pełznąć, czasem zjechac na pupie lub wspiąć się na ich szczyt. Czasem wskakiwaliśmy do dziury pomagając sobie wzjemnie, podjąc ręce i przyświecając w niebezpiecznych momentach. Nasza polsko chińska grupka okazała się bardzo zgrana. Wszysyc trzymaliśmy podobne tempo, uczyliśmy się zwrotów w naszych językach i zartowaliśmy. 
Po 2 godzinach dotarliśy do wylotu z jaksini, wprost na polankę zarośniętą plamami. Stalismy po kostki w wodzie, za plecami mieliśmy górę, z wnetrza której własnie się wyczołgaliśmy, a nad głowami błękitne niebo. Około dwie godziny, dlaej wzdłuż podziemnej rzeki zajął nam powrót. Wszysyc bylismy wymęczenie i wymoczeni, spragnieni i głodni, ale szczęsliwi i dumni. Czuliśmy, że udało się nam  właśnie przezyć coś naprawdę niesamowitego i prawdobodobnie niepowtarzalnego. Na takie chwile warto czekać.

Aby uczynić ten dzień jeszcze bardziej niezwykłym, zakończylimsy go w okolicach Kuala Selangor. Chociaż samo miasto nic specjalnie ciekawego w sobie nie kryje, to wioseczka, w której rozbilismy sie na nocleg dostarczyła nam nie lada atrakcji. Tuż po zmroku, specjalnie na ten cel przygotowana łodzią wybralismy się w poszukiwaniu switelików. W rzeczywistosci szukać ich nie trzeba. Rzeka po której płynęlismy, po obu stronach porosnięta jest drzewami, któtóre satnwoią świetlikowy przysmak. Na gałązkach i liściach tych drzewek osiadają ich całe roje. Sprawia to wrażenie, jakby  ktoś przybrał nabrzeże rzeki lampkami choinkowymi, migoczącymi z ogromna częstotliwością i poruszającymi się od czasu do czasu. Śliczny obrazek.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Ekspedycja "Raflezja"


Kiedy już ma się za sobą takie przeżycie jak wędrówka przez czarodziejski las, który opisywałam wczoraj, cięzko uwierzyć, że można zafascynować się tak bardzo czymś jeszcze. W ziwązku z tym z pewną rezerwą odnosiłam sie do pomysłu poszukiwania kwiatu raflezji (Jest to roślina, która ma najcięższe na świecie kwiaty. Mogą one ważyć nawet 7 kilogramów, a średnica osiąga wielkość 1 metra!), ale mimo to uległa namowom Antka i wszyscy wybraliśmy się na polowanie. 
Wiedzieliśmy, że kwiat kwitnie głęboko w dżungli, gdzieś w okolicach wioski Asli. Udało sie nam nawet ją zlokalizowac na mapie gps, także po kilku godzinach błądzenia między plantacjami warzyw i owoców, po przejażdżce górską drogą i przekroczeniu rzeczki, w końcu dotarliśmy. Pomogły nam w tym trochę spotkane po drodze dzieciaki. Były nami tak samo zafascynowane jak my nimi.
Sama wioska Asli okazała się niezłym eksponatem malajskiej tradycji i plemiennego życia. Przede wszystkim była autentyczna. Nikt tu się nie przebierał w ludowe stroje aby zachwycić turystów. Nie było sklepiku z pamiątkami ani "7 eleven" (sieciowe markety, które są wszedzie tam, gdzie można zauważyć wzmożony ruch turystyczny). Był natomiast bambusowy most zawieszony na linach, po którym przejechanie naszym motorem było prawdziwą przeprawą.
 Z powodu koszy, które mamy zainstalowane do podtrzymywania plecaków, nasz Shining Deamon jest szerszy niż standardowa maszyna. Na wąskim mostku Antek zaklinował się pomiędzy dwiema poprzeczkami. Im mocniej próbował się wydostać z pułapki, tym mocniej cała kładka zaczynała sie bujać. Im bardziej się bujałą, tym bardziej mostek trzeszczał... a w dole rwący strumień i głazy. W końcu jakoś się przedostał. Na drugim brzegu zatsaliśmy drweniane domki wzniesione na drewnianych palach, pomiędzy którymi biegało stadko ciekawskich dzieciaków. Na prowizorycznych gankach i pod daszkami gosposie kołysały maleństwa w tak popularnych tu kołyskach- hamakach. Służą im do tego duże chusty lub prześcieradła. Malucha pakuje się w zawiniątko, a rogi materiału podwiesza się pod sufitem. Potem wystarczy raz na jakiś czas zabujać tą szmacianą kulką, żeby nie wrzesczała w niebogłosy.
Jednak nie wioskę mamy tu oglądać, a szukać tajemniczej Raflezji. Naszym przewodnikiem został nizutki, chyba nawet niższy ode mnie, okrągklutki mężczyzna. W krótkich spodniach, japonkach na stopach i z maczetą przypiętą do paska nie wyglądał na osobę, która miałaby przedzierac się przez busz. A jednak... (Ponieważ nie zapamiętałam jego imienia, dla ułatwienia sprawy nazwę go Bob. To pierwsze imię, jakie zarówno mi, jak i Antkowi przychodzi do głowy na myśl o tym człowieku).
Bob był bardzo energiczny i poruszał się szybko, niespecjalnie czekając na nas, zwlekających z powodu tysiąca obiektó do sfotografowania. Zaprowadził nas nad rzekę, gdzie zostawił swoje klapki i chwytając się wiekszych głazów, w mgnieniu oka przeprawił się na drugą stronę. Nam nie poszło tak łatwo. Prąd podcinał nam nogi, traciliśmy równowagę i musieliśmy pomagać sobie nawzajem. Kiedy tylko my także znaleźliśmy się na drugiej stronie rozpoczęła się wspinaczka na wzgórze, w wysokiej do pasa trawie. Potem zeszliśmy znowu do strumienia, tym razem mniejszego, i jego korytem pieliśmy sie dalej w górę. Bob oglądał ise tylko co jakiś czas, czy jeszcze za nim idziemy, a my... byliśmy w siódmym niebie. 

Po raz kolejny znaleźliśmy się w prawdziwej dżungli. Takiej autentycznej i dzikiej, takiej, która zapiera dech w piersiach i powoduje ciarki na plecach. Nasz przewodnik prowadził nas strumieniem, bo nie było tam szlaku, wydeptanej ścieżki. Podążając tak wzdłuż strumienia, krok w krok za przewodnikiem i wznosząc co chwilę okrzyki zachwytu, w pewnym momencie, bardzo gwałtownie zostaliśmy zatrzymani. Bob dawał nam sygnały zebyśmy nie ruszali się z miejsca i powtarzał w kółko „snake, snake!”. Znieruchomieliśmy, kazdy tam gdzie stał i zaczęliśmy wypatrywać węża, który rzekomo nam zagraża. Żadne z nas nie mogło go dostrzec wśród plątaniny gałęzi. Bob wyciął długi bambusowy kij i trzymając go za jeden koniec, drugim odrzucił gada na bok. Dopiero wtedy zauważyliśmy długą, cienką, zielonkawo- szarą żmiję. Jestem pewna, ze przemaszerowalibyśmy tuż pod jej nosem, a żadne z nas nie dostrzegłoby jej istnienia. Nasz body guard zyskał przydomek „Pogromca węży” i ruszyliśmy dalej.
 Niestety, mimo pilnych poszukiwań i wysiłków Boba, który wbiegał na pagórki, zaglądał w gęstwinę nie udało się nam zobaczyć kwitnącej Raflzeji. Znaleźlismy jedynie jej ogromny pąk, ale nic poza tym.
 Powrót do wioski i namierzenie nowego miejsca, gdzie kwait mógł kwitnąc przedłużyły się na tyle, że nie zdązylibyśmy przed zmrokiem wrócić z poszukiwań. Musieliśmy niestety się poddać. Mimo to uznaję tą wypraawę za jedną z ciekawszych w naszej podróży.
Tuż przed wieczorem wydostaliśmy się z regionu Cameron Highlands i na noc dotarliśmy w okolice jaksini Tempurung, którą jutro będziemy odkrywać. 

niedziela, 29 stycznia 2012

Mossy Forest/ "Mchowy Las"

Kiedy od czasu do czasu wybieram się w jakąś podróż, zawsze mam nadzieję na odkrycie czegoś oszałamiającego. To niesamowite, kiedy nagle naszym oczom ukazuje się coś, co z czystym sumieniem możemy nazwać najpiękniejszym w swoim rodzaju. Pamiętam takie uczucie, kiedy wdrapaliśmy się z Antkiem na jedną z gór na Lofotach i kiedy oglądaliśmy zachód słońca w Bagan.

 Dzisiaj mogę dodać kolejne zjawisko do mojej prywatnej listy cudów świata. Jest to Mossy Forest, las stary jak świat (no prawie jak świat...jego wiek podobno szacowany jest na 200 tysięcy lat). Wobraźcie sobie las przedstawiony w filmie Avatar lub Władca Pierścieni. Konary drzew i ich korzenie splatają się ze sobą zamykając się w tunele. Wszystko porasta mech, tworząc piętra i sufity. Nigdy nie ma  pewności czy stapa się po ziemi czy może po koronie drzewa. Ten las zachwyca każdą gałązką i lianą. Kształty, jakie przybierają rośliny są niczym eksponaty w galeri sztuki. To zdecydownaie jedno z najbardziej neisamowitych miejsc na ziemi. Po 6 godzinach spędzonych tam w drodze na szczyt Brinchang i z powrotem jesteśmy padnięci, ale szczęśliwi. Wspinaczka po przewróconych pniach, przeskakiwanie przez bagniste kałuże i przepaście miedzy korzeniami... to wszystko było jak bardzo realistyczna gra komputerowa.


Aby uczynić ten dzien jeszcze bardziej niezwykłym odwiedziliśmy także plantację herbaty BOH. Wzgórza porośnięte herbacianymi krzewami wygladają jakby falowały. Pocięte są ścieżkami zbieraczy i tak zielone, że aż trudno uwierzyć w naturalność tego koloru. Małą paczuszkę herbatki BOH kupuę sobie na umilenie wieczorów.

(W Tanah Rata warto zatrzymać się w guesthouse Cameronian Inn. Mają swietnie opracowane trasy trekingowe, dostęp do kawy i hernaty o dowolnej godzinie, jest także ciepła woda pod prysznicem, a to wszystko za bardzo przyzwoitą cenę)

sobota, 28 stycznia 2012

Górski spacer w Cameron Highlands

Uwielbiam atmosferę górskich miasteczek. Od samego rana widać ludzi, którzy szykują się do wyruszenia na szlaki, w guesthouse'ach wiszą mapki z wyznaczonymi trasami, a zwykłe osobowe samochody zastąpiły tu jeepy z napędem na 4 koła. My też wyruszamy w góry. Na pierwszy dzień wybraliśmy cztero-godzinną trasę. Jesteśmy trochę niepewni naszych możliwości, ponieważ dawno nie byliśmy zmuszeni do wysiłku fizycznego. Idziemy trasą nr 10, którą dobrze przeanalizowaliśmy jeszcze przed wyjściem, ale problem pojawia się już na samym początku. Nie możemy znaleźć wejścia na szlak! Oznaczenia są bardzo stare i mało czytelne. W końcu jednak pniemy się w górę. Las jest świetny do spacerowania. Korzenie drzew tworzą naturalne stopnie, co ułatwia wdrapywanie sie po stromych podejściach, a niższa temperatura sprawia, że czujemy się rześko i pełni energii. Mimo to, kiedy docieramy na szczyt jesteśmy zziajani i zmęczeni. 

Wkoło powinien rozciągać sie oszałamiający widok, jednak dolina tonie w chmurach, które z każdą minutą zacieśniają się coraz bardziej, aż w końcu my także znajdujemy się w ich objęciach. W połączeniu z zacienionym lasem, drzewami porośniętymi mchem i tajemniczymi odgłosami egzotycznych owadów wytworzył się dziwny, tajemniczy klimat. Pod jego wrażeniem wspinamy się na kolejny szczyt, z którego już ostro w dół, po zboczu schodzimy do stacji meteorologicznej, a potem do drogi. Z daleka widzimy, że w okół nas zaczyna padać deszcz, jednak my przez dłuższą chwilę znajdujemy się w jakimś tunelu, który został pominięty przez spadające krople, dzięki czemu mamy wystarczająco dużo czasu, aby szybko wciągnąć na siebie płaszcze przeciwdeszczowe. Kiedy zapieliśmy ostatni zamek lunęło jak z cebra. 

piątek, 27 stycznia 2012

Cameron Highlands- Tanah Rata

Po kilkudniowym odpoczynku w Kuala Kangsar w końcu ruszamy w drogę. Nasze motorki mają wymienione płyny wszelakie, więc bez obaw kierujemy się na górską trasę, która sześćdziesięcio- kilometrową wstążką serpentyn wiedzie nas do Tanah Rata, małego miasteczka w sercu wyżyny Cameron.

 Na pierwszy rzut oka widać, że przyciąga ono spore grono miłośników górskich wycieczek. Co rusz spotykamy białe twarze, słyszymy nawet rozmowy w ojczystym języku. Z racji trwających wciąż obchodów Nowego Roku oraz weekendu wybór miejsca do spania mamy bardzo ograniczony. Wszędzie ceny są podwójne, a do tego pokoje, które zostały wolne to obraz rozpaczy. W końcu decydujemy się na wynajęcie pokoju w mieszkaniu, gdzie chwilowo rezyduje hinduska rodzinka z dwoma synami. Są bardzo uprzejmi, ale pani z agencji wynajmującej nam pokój bardzo dyskretnie dała nam do zrozumienia, że to wyjątkowo religijne osobniki i nie tolerują spożywania alkoholu i hazardu pod tym samym dachem. Czy my wyglądamy imprezowo w tych sandałach i wypłowiałych koszulkach?
Tak czy siak jesteśmy prze-szczęśliwi, ze śpimy pod dachem, ponieważ noce w górach są chłodne. Kiedy temperatura spada poniżej 25 stopni trzęsiemy się z zimna, wciągamy ciepłe skarpety, bluzy i co tam jeszcze wpadnie w ręce. 
Po ciepłej kolacji (pyszniutki Tom- Yam u Chińczyka) i herbatce czytam naszej gromadce mity skandynawskie. Dzisiejszy "mroźny" dzień idealnie wprowadził nas w klimat Jotunheimu i Asgardu (książkowe krainy).

Taiping i Kuala Kangsar


Dzisiaj pożegnaliśmy wyspę Penang. Bez żalu, bo poza uroczym George Town wyspa jest zapełniona kilkunastopietrowymi hotelami, centrami handlowymi i innymi miejscami rozrywki dla zasobnych portfeli. Naszym nowym celem stały się miasta Taiping i Kuala Kangsar, jednak zanim tam dotarliśmy, zatrzymaliśmy sie na noc w Matang, małej wiosce na półwyspie Sepatang. Z racji przemoknięcia po drodze, zmeczenia i późnej pory, zależało nam, żeby znaleźc nocleg pod dachem. Uratowała nas pewna sympatyczna rodzinka, która za oszałamiająca kwotę 80 ringitów, a wiec 80 zł wynajęła nam 2 pokojowy domek z łazienką i kuchnią. Do tego pan domu prowadzi malutką knajpkę, w której na kolacje zaserwował nam pyszny „mee kudang” czyli makaron z krewetkami. Gdybyście mogli spróbować tych krewetek! Pyszności!

27.01.2012 Taiping, Kuala Kangsar
Naczytałam się ostatnio w przewodniku o wspaniałości miasta Taiping, gdzie podobno doskonale zachowały się XIX wieczne budynki z czasów brytyjskiej kolonizacji oraz gdzie rozciągają się ogrody przeplatane jeziorkami i stawami. Kiszka! Wszystko mocno przesadzone i do granic możliwości wypchane turystami. Muszę chyba zgłosić reklamację do Lonely Planet. 
Za to miasteczko Kuala Kangsar zaliczam do bardzo przyjemnych. Spędziliśmy tam kilka dni czekając, aż chińska częśc społeczeństwa naświętuje się do woli z okazji Nowego Roku i otworzy w końcu warsztat serwisowy, gdzie musimy zrobić przegląd naszych motorów. Uwierzyłby ktoś, że przejechaliśmy na nich już 4000 kilometrów?

W Kuala Kangsar nocujemy w hoteliku Double Lions. Jest to stary, chiński budynek, kryjący w swoich zakamarkach mnóstwo skarbów.
 Znaleźliliśmy tam baaardzo stary samochód, zabytkowe meble i lustro, które mogłoby z powodzeniem grać w filmach typu „Opowieści z Narni” rolę mebla, przez który dzieciaki włażą do bajkowego świata. Nasz pokój też jest „antykiem”.
 Nie zaznał jeszcze takich nowości jak gniazdo elektryczne czy spłuczka w kibelku. No, ale nie ma co narzekać, mrówki w naszych łóżkach mogły być wilekie i czerwone, a nie malutkie i czarne...

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Rok Smoka zaczyna się w George Town


Lubię George Town J To miasto, gdzie historia jest nadal żywa, gdzie brytyjskie, kolonialne budynki i ville współgrają z chińską i hinduską architekturą oraz muzułmańskimi meczetami. Wszystko pasuje do siebie jak w układance. Jednego przedpołudnia zwiedzamy chińską, taoistyczną światynię i meczet Kapitana Kellinga i to, ze sobą sąsiadują nie stanowi żadnego dysonansu. Chińska światynia jest niesamowita, wzbogacona dodatkowo opowieściami spotkanego tam chłopaka, który przyszedł tam nakarmić swoich zmarłych przodków z okazji Nowego Roku. Przyniósł im sztućce, miseczki i kubeczki, a  na małym stoliczku ustawił potrawy i położył pomarańcze, które są wyjątkowo charakterystycznym symbolem noworocznych zyczeń. Symbolizują dobrobyt, bogactwo i pomyslność, więc rozdaje się je osobom, którym dobrze się życzy, zarówno tym obcym, jak i znajomym. My tez takie dostaliśmy J

Dzisiejszego wieczoru, razem z chińską społecznościa świętujemy Nowy Rok. Wszyscy zebrali się na nadmorskim skwerze, gdzie przez kilka godzin odbywały się występy. Może nie będe komentować ich jakości, ważne, że publicznośc dobrze się bawiła. Ponieważ rozpoczyna się chiński rok smoka, tuż przed półnnoca obejrzeliśmy akrobację panów przebranych za to właśnie stworzenie, po czym pieknymi fajerwerkami powitany został Nowy Rok.

niedziela, 22 stycznia 2012

George Town, wyspa Penang


Po naprawdę niezwykłej nocy w gorących źródłach Ulu Legong, gdzie do rana trwały kąpiele i grała muzyka, a w tle co kilka minut rozlegał się głos dzwonka, który wzywał dzieciaki po nową porcję lodów serwowanych w wafelku lub słodkiej bułce, spragnieni nowych wrażeń, wyruszyliśmy do „Tree Top Walking Park”. Jak sama nazwa wskazuje, jest to miesjce, gdzie można odb7ć spacerek w koronach drzew. Wizja takiej atrakcji wydawała się nam niezwykła i chociaż rzeczywistość nie była aż tak oszałamiająca, jak sobie to wyobrażałam, to doświadzcenie mimo wszystko zaliczę do ciekawych. Przez teren parku przepływa rwąca, górska rzeka. W jej dolnych, szerszych partiach całe rodziny Malajów, zarówno tych hinduskich, jak i muzułmańskich pluskają się pomiędzy ogromnymi głazami. Mamy i babcie natomiast przygotowują przekąski dla swoich pociech, ponieważ bez koszyka z prowiantem nigdzie się nie ruszają. Sam spacer w koronach drzew odbywa się dzięki platformie, która została osadzona na wysokości kilkunastu metrów i pozwala na swobodne przechadzanie się po dżungli bez ryzyka złapania zadyszki. Ciekawie jest zobaczyć las z góry, ale zdecydowanie jestem zwolenniczką przedzierania się przez busz z maczetą i skakania po gałęziach.
Po dawce wrażeń na łonie natury wyruszamy do Gorge Town. (Nawet w nazwach miast widać tu ogromne wpływy brytyjskiej kolonizacji) Aby się tam dostać musimy pokonać 13 kilometrowy most, który łączy stały ląd z wyspą Penang, na której George Town leży. Z daleka, podczas jazdy przez most ukazuje nam się metropolia z górującymi nad nią drapaczamu chmur wzdłuż wybrzeża. 
Taki widok nie wróży dla mnie nic dobrego, tym bardziej ciesze się, że serce miasta okazało się zupełnie odmienne. Na najbliższe 2 dni zamieszkaliśmy w chińskiej dzielnicy, która aż kipi przygotowaniami do chińskiego nowego roku. Na każdym rogu transparent z napisem „Gong xi fa chai” lub „Tahun Baru China” życzy wszystkim pomyślności, a domy ozdobione są czerwonymi wstęgami, wycinankami i ogromnymi lampionami. Wygląda to ślicznie, zwłaszcza, ze domki Chińczyków są stare, pewnie z około XIX wieku i już one same tworzą niepowtarzalny klimat. Jestem fanką zwłaszcza szyldów, które wymalowane sa na frontowych ścianach, po chińsku i malajsku oraz dużych okien z drewnianymi okiennicami, których rzędy rozciągają się na piętrach.
Oszałamia nas także dzielnica Little India, gdzie nawet tęczy byłoby wstyd, że jest tak mało kolorowa. Tutaj jest głośno, tłoczno i barwnie. Właściciele sklepików nawołują nas od progów, zachecając do kupna ich towarów. Wystawy sklepów z odzieża prezentują się oszałamająco! Są odzwierciedleniem postaci z historii o Alladynie, a sztuczne złoto i kamienie aż się z nich wylewają. Tło muzyczne tworzą hinduskie przeboje, które być może słyszeliście w filmach Bollywood. 

Sprzedawcy nagrań muzycznych próbują konkurować, zagłuszaąc się wzajemnie, co sprawia, że nawet własnych myśłi wyraźnie nie można usłyszeć. Hindusi mają jednak jedną rzecz, która nas niesamowicie przyciąga: jedzenie. Naszą Mekką stała się knajpka „Kapitan”, którą nawet kiedyś sam król odwiedził. Z resztą mógłby ją odwiedzić także chiński cesarz, a nam nie zrobiłoby to większej różnicy, bo zbyty pochłonięci bylismy wcinaniem serwowanych tam pysznosci. 

sobota, 21 stycznia 2012

Robo Pink Shrimps w gorących źródłach

Po promowej przeprawie z wyspy Langkawi do Kuala Kedah zdecydowaliśmy się na zapuszczenie wgłąb lądu. W końcu nie samym morzem człowiek żyje. Odnoszę z resztą wrażenie, że zachodnia, przybrzeżna część Malezji jest ściśle ukierunkowana na przemysł turystyczny, co przysłania jej naturalne walory. Wystarczy jednak oddlaić się kilkadziesiąt kilometrów od morza, aby zobaczyć zupełnie inny kraj. Po reakcjach ludzi zamieszkujących mijane przez nas miejscowości widzimy, że turystów tu jak na lekarstwo. Mimo to zawsze znajdzie isę ktoś mówiący płynnie po angielsku, kto wskaże nam drogę lub miejsce na obiad.
Co do obiadu (a także innych posiłków), króluje tu "nasi kandar". Nasi, to ryż, co dokładnie znaczy kandar, nie wiem, ale połączenie tych dwóch słów daje nam pewność, że w miejscu reklamującym się takim szyldem zastaniemy garnek pełen ryżu, którego możemy nakładać na talerze do woli oraz coś w stylu bufetu, gdzie możemy wybierać pomiędzy kurczakiem w różnych sosach, duszonymi i smażonymi warzywami, owocami morza na sto sposobów. Kombinacje są dowolne, zwykle taki posiłek nie wynosi nas więcej niż 6 złotych, chyba, że jest to lokal w mieście turystycznym. Do tego kawa (jeśli to akurat śniadanie) lub herbata z limonką i na moje oko, chyba 5 łyżeczkami cukru. Cukier serwowany jest z automatu i  nikt nie pyta "czy słodzisz?", więc wszyscy nauczyliśmy się pić napoje na słodko. Teraz już inne nam nie smakują!
Wracając do drogi... Dzisiejszego dnia udało nam się jakimś cudem (bo bez porządnej mapy i dokładnej lokalizacji) dotrzeć do Ulu Legong- gorących źródeł. Ośrodek, który stworzono na bazie tych źródeł, jest jak oaza na pustyni. Otaczają go zwykłe, mało ciekawe wioski, krajobrazy też nie są powalające. Kiedy jednka dociera się do Ulu Legong, ma się przed sobą kompleks kilku basenów, brodzików z wodą o temperaturze około 45 stopni. Do tego altanki, sanitariaty, sklepiki, a wszystko bardzo zadbane i urocze. Jest to miejsce, o którym w Lonely Planet nie ma ani słowa, także poza nami, zaden biały tego dnia tam nie zawitał. Do samego wieczora Ulu Legong świeci pustkami. Mieliśmy wrażenie, że jest to mało znane i żadko odwiedzane miejsce. Jednak tuż po zmroku do ośrodka zaczęły zjeżdżać cały rodziny Malezyjczyków. Z namiotami, kuchenkami, patelniami i dziećmi. Rozłożyli swoje graty na kazdym wolnym skrawku płaskiego miejsca i zaczęli piątkowy odpoczynek. Czuliśmy się trochę jak w zoo, ponieważ nasze jasne włosy i skóra mocno zwracały uwagę. do tego nie kąpaliśmy się w długich spodniach ani sukienkach, co tutaj jest czyms na porządku dziennym. Nasze koszulki i gatki od stroju kąpielowego były zdecydowanie zbyt krótkie, a do tego te włosy nie przykryte chustą!


Lekko podgotowani, wymoczeni do granic możliwości przespaliśmy noc nad źródłami nie słysząc nawet nawoływania pana sprzedającego lody w bułce i dźwięków muzyki ze sklepiku z napojami...

czwartek, 19 stycznia 2012

My, morze, plaża i słońce (czasem deszcz)

Plaża, plaża, morze, plaża... po kilku dniach jesteśmy już tak nasłonecznieni, zrelaksowani i wymoczeni w słonej wodzie, że zgodnie postanawiamy zakończyć pobyt na wyspie. Prawdę mówiąc nie tylko w słonej wodzie zostaliśmy wymoczeni... Ostatniej nocy, kiedy ponownie obozowaliśmy na Cenang, istny sztorm runął na nas z nieba. zapowiadało sie tak niewinnie, ale z minuty na minute deszcz lał coraz mocniej, nasz namiocik z rodowodem z Tesco zaczął się poddawać. Najpierw zrobiła nam się kałuża pod stopami, potem zaczęło kapać nam na głowy, a następnie schowałam paszport do foliowego woreczka, bo o suchym spaniu nie mogło być już mowy. Na szczęście tropikalne temperatury pozwalają na spanie w kałuży, więc jakoś dotrwaliśmy do rana. Z jaką ulgą jednak kolejną noc spędziliśmy w motelu, gdzie poza prysznicem czekało na nas wygodne łóżko! Good bye Langkawi!!!

wtorek, 17 stycznia 2012

Plażowe przygody na wyspie Langkawi

Po totalnym lenistwie na plaży Cenang, trochę z ciekawości, a trochę z przyzwoitości postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej nieznanym nam jeszcze rejonom Langkawi. Wyspa nie jest duża więc na naszych rumakach możemy objechać ja w okół w ciągu jednego dnia. Jednak skoro już mamy wakacje, to nie robimy tego, bo po co się spieszyć. Przemieszczamy się wzdłuż zachodniego brzegu, z południa na północ i badamy teren. Część plaż i dróg jest dla nas niedostępna, bo (o zgrozo!) została wzięta w posiadanie przez prywatne, luksusowe resorty. Z naszymi namiotami własnej roboty, w wyblakłych od słońca ubraniach i z plecakami przytroczonymi do motorów nie wyglądamy jak goście hoteli z wyższej półki, toteż wstępu na te prywatne plaże nie mamy. Wkurza nas to niezmiernie i nie możemy pojąć jak jest możliwe wykupić na własność brzeg morza. To tak, jakby ktoś w Sopocie zrobił sobie prywatny ogródek z plaży!
Podczas naszych eksploracji zdecydowanie omijamy turystyczne atrakcje, jak farma krokodyli czy kolejka górska. Na kilometr czuć, że to wszystko jest jakieś tandetne i naciągane. Wszystkie te atrakcje zostały stworzone tu po to, aby goście wspomnianych resortów mogli przeżyć coś niezwykłego nie brudząc białych szortów i t-shirtów. (Jestem okrutna w tym względzie, ale nie mam litości dla parków rozrywki budowanych na naturalnie pięknych terenach, gdzie samo podziwianie przyrody mogłoby dostarczyć ogromnych emocji. Czy codziennie można spotkać na drodze jaszczurkę, która ma razem z ogonem około 1 metra długości lub małpy, które obserwują cię z gałęzi pobliskich drzew?)

Co do naturalnych atrakcji... Dzisiejszej nocy, którą spędziliśmy na jednej z dzikich plaż północnej części wyspy, pewien "obcy" zapewnił nam ich pod dostatkiem. 
Po miłym wieczorku przy ognisku, podczas którego popijaliśmy drinki z okazji mojej i Antka pół-rocznicy ślubu, jak zwykle położyliśmy sie spać. Po krótkiej chwili Sławek, który rezyduje razem z Adą pod siatkową moskitierą, został wyrwany ze snu przez "obcego". Facet z uporem, przez długą chwilę oświetlał latarką nasze obozowisko. Żądanie Sławka aby przestał nie zniechęciło go, a Ada podejrzewa nawet, ze był to jakiś ekshibicjonista, który szukał widowni. Tak czy siak, w końcu zrezygnował. Nie minęło jednak pół godziny, kiedy znowu zaczął się do nas zakradać, tym razem bez latarki i na czworaka. Na szczęście znowu Sławkowi udało się go spłoszyć. Ada obudziła nas wołaniem i po krótkim namyśle postanowiliśmy zapobiec kolejnej wizycie dziwnego gościa. Na nowo rozpaliliśmy ogromne ognisko i przez jakiś czas snuliśmy rożne domysły. Ostatecznie panowie pozakładali różnego rodzaju pułapki wokół naszego obozowiska (alarm z żyłki i piszczałki, przeszkodę z plastikowych butelek itp.), a sami przyczaili się w ciemnościach z bronią w postaci nadpalonej gałęzi i gazu łzawiącego. Na szczęście nasz prześladowca już się nie zbliżył, chodź widzieliśmy go z daleka. Mimo to nie mieliśmy ochoty na kolejną noc na tej dzikiej plaży.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Plaża Cenang/ Langkawi

Jeśli czasem w marzeniach widzicie szeroką plażę, pokrytą żółciutkim piaskiem, na której rozbijają się turkusowe, morskie fale, to być może wyobrażacie sobie plażę Cenang. Stała się ona dla nas domem na kilka dni i gdyby nie wieczorne najazdy turystów i fanów paralotni moglibyśmy się poczuć jak prawdziwi Robinsoni. Obozowisko rozbiliśmy przy jednym z trzech drzewek rosnących na plaży, dzięki czemu mieliśmy zagwarantowaną odrobinę cienia i miejsce do rozwieszania prania. Nasz namiot i moskitiera Ady i Sławka wzbudzały niewielkie zainteresowanie wśród spacerujących brzegiem turystów, bo nie jest to rzecz niespotykana i nie tylko my biwakujemy na łonie natury w tym kraju. Do pobliskiego miasteczka chodziliśmy na  pyszne jedzonko w hinduskiej restauracji "Orange" (roti chees czyli naleśnik z serem i masala z kurczakiem z chlebkiem nan, to zdecydowanie jedne z najpyszniejszych rzeczy jakie dotąd jedliśmy w Azji).

Plaża Cenang leży nad morzem Andamańskim, a więc tym samym, w którym pluskaliśmy się podczas pobytu w Birmie, jednak tutejsza plaża i Changta Beach sa zupełnie różne, z przewagą po stronie tej birmańskiej. Kiedy w przeciągu kilku miesięcy odwiedza się tyle rajskich miejsc, człowiek zaczyna być strasznie wybredny. Mimo to Cenang też nas zachwyca. Co chwilę wskakujemy do cieplutkiej wody, która idealnie orzeźwia, ale nie wychładza, dzięki czemu można w niej spędzić całe godziny. W przerwach czytamy, zajadamy owoce, a nawet udało się nam zmobilizować do wysłuchania kilku lekcji norweskiego, które nagraliśmy sobie jeszcze w domu. Jednak najbardziej lubię wieczory, kiedy leżąc już w naszym namiocie (temperatura spada wtedy do 29 stopni), przez niezasłonięte wejście gapimy się na niebo pełne gwiazd, a w tle słyszymy szum morza. Ostatnio naszym rytuałem stało się także czytanie mitów skandynawskich przed snem, więc zasypiamy przeniesieni do magicznego świata Asów i Olbrzymów, Troli i Karłów. W zaśnięciu nie przeszkadzają nam nawet nocni poławiacze krabów i krewetek, którzy tuż po zachodzie słońca wylegają na plażę.

sobota, 14 stycznia 2012

Langkawi czyli wakcje za pasem :-)

Po wieczornych naradach ustalilismy, ze naleza nam sie wakacje. Nalezy nam sie lenistwo, plaza i slonce (choc co do tego ostatniego to czysto zyczeniowe roszczenie). Najblizsza opcja na chill out jest dla nas wyspa Langkawi. Zaledwie 1,5 godziny promem i jestesmy w raju. Zeby jednak bylo od czego odpoczywac musielismy sie znowu nagimnastykowac z motorami. Ostatecznie, pomimo piatku, ktory jest tutaj siwtem niepodwazalnym, nasz Schining Deamon w towarzystwie Red Dragona poplyneli statkiem towarowym, a my pasazeskim promem. Na miejscu musimy odczekac jeden dzien aby oebrac machiny, ale to i tak lepsze niz ich w ogle nie zabierac ze soba.Morska bryza obudzial w nas tez chec na zglebienie historii wlaecznych wikingow (wiem, ze ma sie to ni jak do klimatu w ktorym podrozujemy, ale nasze zamilowanie do Skandynawii nawet tu nie slabnie) w zwiazku z czym, od tamtej pory zaczerlismy z Antkiem czytac misty skandynawskie, ktore o dziwo dobrze wpasowuja sie w nasz ogolny nadmorski nastroj. 
O samej wyspie na razie powqiedziec mozna niewiele, poniewaz bez srodkow transportu dalizmy rade przespacerowac sie jedynie po miasteczku promowym, zwidzic Legenda Park i znalezc nocleg. Przygoda rozpocznie sie jutro. Oby tylko przetsalo padac! Nasze sztormiaki i kurtki sa moze wodoodporne, ale tez nie przepuszczaja zbyt duzo powietrza, w zwiazku z czym na wierzchu moczy nas deszcz, a od srodka wlasny pot. Ehh... dla podtrzymania dobrego nastroju podspiewujemy sobie z Antonim szante "...czy widzisz, czy widzisz ja, ta czarna chmura rosni w dali! Hej, ho..."


czwartek, 12 stycznia 2012

Alor Star (Kedah)

Malezja raczy nas deszczem. To chyba powitalny toast, bo nie przestaje nas zalewac od wczorajszego popludnia. Odjezdzamy zaledwie 40 km od granicy, bo w ulewie jazda motorem jest malo przyjemna. Taka pogoda chyba jednak nie jesttu niczym nadzwyczajnym. Wszycy wydaja sie do niej jako tako przygotowani, a na drodze wyznaczone sa nawet specjalne zadaszone postoje dla motocyklistow, gdzie mozna przeczekac najgorsze oberwanie chmury. Kierowcy motorow sa tu z reszta traktowani iscie po krolewsku. Maja wlasny pas na autostradzie i osobne, darmowe pasy do przejazdu przez bramki oplat. Jest to doskonaly dowod na to, ze jednak "w kupie sila" :-)
Alor Star jest dla nas raczej przymusowym przystankiem na odetchniecie po tajskim maratonie, ustalenie dalszego planu i zorientowanie sie w tutejszych realjach. Miasto nie zachwyca, zwlaszcza takie zachmurzone. Hotel, jak na swoja cene jest koszmarny. Brudny i smierdzacy, ale suchy. Na dzisiaj to wystarczy. Rekompensta za wszelkie niedogodnosci jest malezyjskie jedzenie, ktore ku naszemu zdziwieniu rozni sie od tajskiego. Mocno czuc wplywy hinduskie, duza ilosc przypraw, solidne porcje, ryz zatopiony w sosie, a nie suchy i posklejany. Czloweik najedzony, to czlowiek szczesliwy:-)
Tutejsza architektura natomiast przypomina nam troche europejska. Uwazam, ze Antek ujal to wszytsko najtrafniej. Jest to wedlug niego kraj, ktory kilka lat temu musial przezyc gwaltowny wzrost gospodraczy i bardzo sie zmodernizowac, a potem nagle zatrzymac i pozostac w tym zawieszeniu do teraz. Ulice i domy wygladaja nowoczesniej niz w Tajlandii, nie wspominajac o Birmie, a jednak wydaja sie smutne, zaniedbane. Spod przybrudzonych elewacji wylaza kolorowe kiedys szyldy, po ksztalcie i konstrukcji budynkow mozna sie domyslic ich nie tak dawnej swietnosci. Kiedy do tego dodamy chinskie ulice, gdzie nadla mozna znalezc male, ciasne sklepiki z mieskzankami na pietrze, czesto drewniane, wszystko staje sie jakas miesznaka wybuchowa. Mieszanka stylu, koloru, kultury i religii. Chyba troche potrwa, zanim uksztaltujemy sobie jakas zdecydowana opinie na tema Malezjii.