piątek, 13 kwietnia 2012

Battambang

Długo zabawiliśmy w Siem Reap oddając się zwiedzaniu świątyń Angkor. Nie wiem czy jest w całej Azji jeszcze jakaś świątynia, która będzie warta obejrzenia po tym co już widzieliśmy. No, ale nie tylko ze świątyń ta Azja jest zbudowana, także ostatecznie ruszamy dalej, w głąb kraju. Kierujemy się na południe, ale musimy najpierw objechać gigantyczne jezioro Tonle Sap. O drogach już pisałam, wiec możecie sobie wyobrazić, jak to objeżdżanie jeziora wygląda. Stwierdzenie, "jak po grudzie" będzie tu pasowało dosłownie, w przenośni i na wszystkie inne możliwe sposoby. Widoki z drogi nie są powalająco piękne. Centralna część Kambodży jest okropnie płaska, aż po horyzont, w każdym kierunku, gdzie tylko się zwróci wzrok. 

Ponieważ jesteśmy w końcówce pory suchej, wszystko jest żółto- brązowe i nawet pola ryżowe wyschły na wiór. Powalające są za to scenki z życia, które obserwujemy. Wioski, krowy, motocyklistów, dzieciaki, przygotowania do noworocznych imprez, które rozpoczną się wieczorem. Jeśli zatrzymujemy sie gdzieś choćby na pięć minut rozpoczyna się przedstawienie. Najpierw biegną dzieciaki wrzeszcząc "helllo!". Potem zwykle pojawiają się obserwatorzy na odległość, a na koniec wyłania się spośród gapiów jedna osoba, która strzela w nas pytaniami. Standardowo: skąd jesteśmy, gdzie jedziemy, jak to możliwe, że wpuszczono nas na motorach do Kambodży, ile kosztują nasze maszyny i czy kupiliśmy je w Wietnamie. Nie wiem jak to się dzieje, ale prawie za każdy razem dostajemy tą samą serią. Może to jakiś rytuał, a może wszystkich Khmerów interesują dokładnie te same fakty. Zagadkowa sprawa. Przez te rozległe równiny docieramy do Battambang, które nasz książkowy przewodnik zachwala jako urocze miasteczko z licznymi śladami francuskiego kolonializmu. Nam, na pierwszy rzut oka trudno uwierzyć, że dobrze trafiliśmy, bo w samym sercu miasta wpadamy w oko cyklonu, tzn. w środek targu warzywno- rybno- mięsno- owocowego.


 Koniec świata musi wyglądać podobnie. Przejechać przez to wszystko nie sposób, wszędzie sterty towarów i sterty śmieci. Ludzie, motory, psy. Zapytajcie raczej, czego tu nie ma. Nie uznaliśmy tego miasteczka za warte wpisania na listę UNESCO, ale odnotowaliśmy kilka plusów z pobytu w tej mieścinie. Przede wszystkim poznaliśmy pewnego Austriaka, który podróżuje już od około ośmiu miesięcy w bliski nam sposób, bo na motorze, choć dwukrotnie większym. Wymiana doświadczeń okazał się niezwykle cenna i wiemy już np. jakich cudów wymaga podróż na własną rękę po Chinach. Tym razem nie wykorzystamy tych cennych rad, ale myśl o kolejnej podróży zaczyna świtać w naszych głowach. 
Druga ciekawostka z Battambang, to wizyta na farmie krokodyli. Szukaliśmy jej po omacku, nie mając dokładnych informacji, czego właściwie szukamy. Spodziewaliśmy się domku z ogródkiem, gdzie ktoś hoduje dla własnej rozrywki jakiegoś krokodylka, a tu niespodzianka! Okazało się, że na obrzeżach miasta żyją tysiące tych zwierząt. 

Hodowane są od wczesnego jajka, można tam obejrzeć je we wszystkich stadiach rozwoju i rozmiarach. Przykra sprawa, że prędzej czy później większość z nich sprzedawana jest handlarzom skór. Wielka szkoda, bo są przepiękne, chociaż czułam ciarki na plecach, pomimo, że nie zagrażały mi w żaden sposób.


Przy okazji pobytu w Battambang dowiedzieliśmy się też trochę na temat tradycji towarzyszących noworocznym obchodom. Dzisiaj, tzn. pierwszego dnia świąt, dzieciaki obrzucają się foliowymi woreczkami wypełnionymi wodą. Obrzucają w sumie nie tylko siebie, ale także przejeżdżających na motorach ludzi, obrzucają Sławka oraz przechodniów. Ma to związek z rytualnym obmywaniem ciała, ale oczywiście zostało przekonwertowane w troszkę zabawniejszą formę celebracji Nowego Roku. 

czwartek, 12 kwietnia 2012

Angkor- ósmy cud świata

Jeśli kiedykolwiek wcześniej słyszeliście coś na temat Kambodży, to mogę się założyć, że był to jeden z dwóch jej znaków charakterystycznych. Albo słyszeliście o krwawym reżimie Pol Pota i Czerwonych Khmerów, albo o świątyniach Angkor. Pol Pota na razie przemilczę, bo na niego przyjdzie jeszcze kolej, a skupię się na Angkor. Jest to gigantyczny kompleks świątyń, które w większości pochodzą z XI i XII wieku i jak na swoje lata, są w świetnym stanie. Imponują swoją potęgą, architekturą, historią drzemiąca w kamiennych murach. Nie wierzyłam w ich zjawiskowość dopóki sama się nie przekonałam na własne oczy. Nie będę się rozwodzić w szczegółach, bo jeśli się nie jest tu, w ich otoczeniu i nie czuje specyfiki tego miejsca, nie maja one żadnego znaczenia. Namiastkę niezwykłości Angkoru zobaczcie na zdjęciach...


Rytualny, święty dla Khmerów strumień

Wyrzeźbiony strumyk


Przed wejściem do światyni...




Był smutny...


Prażone muszelki, też w ramach zwiedzania :-)




Poza zwiedzaniem też oczywiście życie się toczy. Nic spektakularnego może ostatnio się nam nie przytrafiło, ale nie mogę przemilczeć pojawienia się naszego małego współlokatora. Szczególnie Sławek przypadł mu do gustu i gawędzą sobie wieczorami:-)

czwartek, 5 kwietnia 2012

Wiejskie klimaty

Ruszamy w kraj! czuję dreszczyk emocji, bo ten mały fragmencik Kambodży, który zobaczyliśmy wczoraj dał nam przedsmak przygody, która nas tutaj czeka. 
Dzisiaj ruszamy na północ, w kierunku Banteay Chhmar. To malutka wioska, gdzie można obejrzeć dość mocno zniszczoną świątynię, ale nie sam cel się liczy. Zależy nam raczej na ominięciu głównej trasy, która prowadzi od granicy w Poipet do Phnom Pen, stolicy kraju. 
Już po kilkuset metrach naszą nowo obrana trasą, poziom adrenaliny mocno się nam podwyższa. Ruch drogowy jest dość zaskakujący. Sugeruje się prowadzenie pojazdu prawą stroną drogi, jednak Khmerowie są bardzo odporni na sugestie. Podstawowymi zasadami ruchu są tutaj: mniejszy ustępuje większemu i każdy manewr sygnalizuje się trąbieniem. Można dostać lekkiego świra kiedy co minutę, zza pleców wyskakuje pędzący pojazd, który rykiem klaksonu oznajmia całemu światu, że się zbliża! Po jakimś czasie można odrobinę do tego przywyknąć, ale nie jestem pewna czy ta podróż nie skończy się dla nas rozstrojem nerwowym. Skrzyżowania też bywają interesujące. Nie spodziewałam się, że w miejscu gdzie krzyżują się zaledwie dwie drogi, pojazdy mogą poruszać się w kilkunastu rożnych kierunkach, wg bliżej nieokreślonego schematu. Zastanawiamy się cały czas czy jest na to wszystko jakaś metoda, jakaś idea, która tym wszystkim ludziom przyświeca podczas jazdy, a my po prostu jej nie rozumiemy, ale na razie sukcesów odkrywczych nie zanotowaliśmy. Dodatkowych atrakcji dostarcza sama droga. Owszem, trasa miedzy Poipet, a stolicą wygląda porządnie, nie jest zbyt dziurawa i da się na niej rozwinąć jako taką prędkość. Zupełnie inaczej sprawa wygląda z drogami bocznymi, w zasadzie wszystkimi poza tą jedną główną. Zaczynają się może asfaltem, chociaż po kilkuset metrach asfalt zamienia się w sitko z bardzo porządnymi dziurami, w których można by się ukryć w razie potrzeby, w niektórych nawet razem z pojazdem. Trochę lepiej wygląda sprawa poza terenem zabudowanym, gdzie nikt już nie zawraca sobie głowy asfaltową nawierzchnią i można w końcu trochę odsapnąć jadąc po ubitym piachu. 
Droga krajowa nr 56
Tumany kurzu, które wzbijamy za sobą i które zostawiają za sobą wszyscy nas wyprzedzający, wcale nie są problemem. Zaopatrzyliśmy się w maseczki, plecaki mamy schowane w pokrowcach, a ubrania można wyprać. Na takiej drodze można już się trochę rozpędzić. Co prawda nie przekraczamy 25 km na godzinę, ale i tak uważamy to za sukces dzisiejszego dnia. Ja się cieszę podwójnie, bo mam wystarczająco dużo czasu na spokojne fotografowanie okolicy i zaglądanie w wiejskie podwórka.
Stacja Orlen w wersji khmerskiej
Widoki są niezwykłe i czujemy się trochę jakbyśmy znowu znaleźli się w Birmie. Drewniane chatki, krowy i wodne bawoły, pola ryżowe i pola minowe, brudne, roześmiane dzieciaki i dziwne pojazdy. Te ostatnie fascynują nas wyjątkowo, bo pomysłowość Khmerów w kwestii konstruowania maszyn jeżdżących nie zna granic. Sposobów pakowania ich towarami jest także tysiące i nikt im nie wmówi, że na motorze nie da się przewieźć 100 kilowego, żywego! prosiaka albo stadka kurczaków. 







W wielkich emocjach, zafascynowani tym, co zdążyliśmy w ciągu tego dnia zaobserwować, po 3 godzinach i pokonaniu 60 kilometrów docieramy do Banteay Chhmar.
Wioska jest świetna. W jej centrum oczywiście znajduje się rynek, który kusi świeżymi owocami oraz wspomniana świątynia. 


Ludzie są nieziemsko zainteresowani naszym pojawieniem się w okolicy, a dodatkową sensację wzbudzamy naszymi motorami. W Kambodży wyglądają dość ekskluzywnie, bo tu się jeździ raczej na rozgruchotanym, starym sprzęcie, a do tego zalepiliśmy nasze reflektory błotem, co też ich bardzo interesuje. (Błoto stąd, że przepisy nie pozwalają na jeżdżenie na światłach w ciągu dnia, a naszych świateł nie da się wyłączyć, więc trzeba je ukryć.) 
Kamuflaż 
Nie ma tu żadnych guesthouse'ów ani innych opcji noclegowych, poza zatrzymaniem się u jednej z wiejskich rodzin. Francuska organizacja pozarządowa, która nadzoruje renowację tutejszej XI wiecznej świątyni zadbała o to, aby przyjezdni mieli gdzie się zatrzymać i zmobilizowała mieszkańców do udostępniania turystom własnych domów. Zostaliśmy ulokowani w gospodarstwie, gdzie poza budynkiem mieszkalnym (chyba przerobionym ze stodoły) jest jeszcze szopa na zboże, zadaszony stolik z ławeczkami, drewutnia i placyk, na którym suszą się zebrane plony. Na parterze domu, który ma dwie boczne i jedną tylną ścianę zalegają worki ze słomą, zaparkowaliśmy tez tam nasze motory. Oprócz tego jest tam malutka łazienka, telewizor, hamaki i dwa drewniane podesty służące do odpoczynku.



Z parteru, drewnianymi schodkami wchodzi się na piętro, gdzie dostajemy do dyspozycji małe pokoiki. Nasz i Sławka są w zasadzie identyczne. Wyposażone są w drewniane łózko, półeczkę ze świecą i sznurek do rozwieszenia prania. Mamy też okienko, dziury wielkości mojej dłoni w ścianie i palmę za oknem. Pozostała część piętra mieści dwa łóżka należące do gospodarzy i ich dwóch synów oraz dziurę w ścianie wielkości 2 na 3 metry. Na dzisiejszy wieczór jest to nasza główna rozrywka. Przez to wielkie okno obserwujemy życie toczące się w wiosce, burzę, która nadciąga czarnymi chmurami oraz zapadający zmierzch. 


Rano zwiedzamy świątynię, kupujemy trochę owoców i wracamy do naszego gospodarstwa zjeść śniadanie. Gospodarze też akurat jedzą więc częstujemy się wzajemnie tym co mamy: oni nas ryżem i pastą rybną, a my ich owocami i babeczkami. Przy okazji dostajemy darmową lekcję khmerskiego i już umiemy liczyć do 10, podziękować i przywitać się w nowym języku. Żal nam odjeżdżać, ale przed nami ponad 100 km do pokonania, co przy niepomyślnych wiatrach może okazać się trudne do zrobienia w ciągu jednego dnia. 

środa, 4 kwietnia 2012

Pierwsze kroki na khmerskiej ziemi

W końcu! Znowu jedziemy w nieznane. Przed nami Kambodża, po której nie wiemy czego się spodziewać. Większość opinii na temat tego kraju ogranicza się do wychwalania pod niebo kompleksu XII wiecznych khmerskich świątyń, który powszechnie znany jest jako Angkor. Świątynie oczywiście też nas interesują, ale co z całą resztą? Jakie są drogi, jakie ceny, jacy ludzie, czy powinniśmy na coś uważać? No, tak, z pewnością na miny, które jeszcze gdzieniegdzie nie zostały rozbrojone.
W każdym razie wyruszamy z Bangkoku w kierunku Poipet, przejścia granicznego miedzy Tajlandią i Kambodżą, z dozą niepewności. Martwi mnie trochę, że pchamy się tam akurat w kwietniu, który jest podobno najcieplejszym miesiącem w tej części świata. Już teraz temperatury w ciągu dnia oscylują około 40 stopni, a ma być jeszcze cieplej. Nawet podczas jazdy na motorach, kiedy owiewa nas wiatr, nie czujemy ulgi. Mam wrażenie jakby ktoś otworzył mi przed nosem rozgrzany piekarnik. Tutejsi podczas takich upałów nie rozstają się z mokrymi ręcznikami. Zakładają je na głowy, na kark, a przy każdej okazji namaczają w zimnej wodzie. To nie głupie i mam zamiar zacząć praktykować to rozwiązanie. 
Przed samą granicą zatrzymujemy się na nocleg w Aranyaprathet. Musimy trochę ochłonąć, no a poza tym przejście graniczne też ma swoje godziny urzędowania i dzisiaj już nie zdążymy na drugą stronę. Nie narzekamy  na ten postój, bo udało się nam znaleźć motel z basenem, który jest uroczy, a przede wszystkim orzeźwiający, a to wszystko za 15 zł od głowy. 
Wyspani z zupełnie inną energią wkraczamy w ten nowy kraj. Energia już na samej granicy jest niezbędne. Z dobrych porad zebranych po świecie wywnioskowaliśmy, że lubią się tam dziać rzeczy niespotykane i grubo smarowane dolarami, jak np kwarantanna medyczna, która nie jest niczym uzasadniona, a kosztuje kilka dolców lub łapóweczka na przyspieszenie kolejki w biurze imigracyjnym. Jeszcze przed samą granica widzimy "sztuczne" przejście, gdzie przy bramkach rozstawionych w poprzek jezdni siedzą sobie udawani celnicy i zbierają datki za fałszywe wizy i inne przysługi. Na szczęście, po tajskiej stronie, papierkowa robota z przeprawieniem motorów zajmuje tyle czasu, że nikt już nas nie pcha w żadne kwarantanny i inne przyjemności. Koniec końców odjeżdżamy po około godzinie spod jednej budki, ale za minutę tkwimy już przed kolejną. Do tej pory nie wiem po co, bo czynności odbywają się dokładnie te same co przed chwilą, te same dokumenty idą w ruch i w efekcie dostajemy identyczne pisemko. No trudno, z władzą lepiej nie dyskutować. Ostatnie starcie przechodzimy w urzędzie imigracyjnym Kambodży, gdzie spędzamy kolejne pół godziny w kolejce i gdzie mamy okazję poobserwować jak graniczny biznes kwitnie. Dasz panu dolara, nie czekasz w kolejce. Nie dasz dolara, sterczysz w ogonku. Bardzo oficjalnie i bez żadnego ukrywania się po kątach.
Formalnie i oficjalnie
Tuż obok... (kolejeczka do Kambodży)
Jednak najbardziej dziwi mnie fakt, że nasza trójka z dwoma małymi motorkami zajmuje im wszystkim tak dużo czasu, a tiry wypchane do granic możliwości świniami, drewnem i cholera wie czym jeszcze, przejeżdżają płynnie, machną tylko jakimś świstkiem i tyle. Do tego, tuż obok nas, płynie rzeka dziwnych wózków i pojazdów napędzanych siłą ludzkich mięśni. Ich już nic nie obchodzi. Zasuwają na bosaka ciągnąc na barkach drewniane kontenery, wypełnione czym się da i nawet nie mrugną okiem mijając celników. Cóż, widocznie tak musi być. 
Już prawie po drugiej stronie...
Ostatecznie my też przejeżdżamy na drugą stronę i w końcu możemy odetchnąć, byle nie zbyt głęboko. W powietrzu unosi się smrodek i kurz. Ulice Poipet są mocno zaśmiecone i panuje tu lekki chaos,a żeby to wszystko jeszcze udziwnić, od samej granicy podziwiamy ogromne kasyna. Nijak to się ma do biedy i brudu ulicy,a le widocznie amatorzy gier hazardowych mają to w nosie. 
Nowy image
Poipet

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Akcja "Robinson" zakończona

Dużo czasu zajęło mi zebranie się w sobie do opisania ostatniego miesiąca. Nie myślcie sobie tylko, że nie miałam co opisywać! Wręcz przeciwnie. Ostatni miesiąc był tak cudownie leniwy i wakacyjny, że nawet ja- komputerowo uzależniona- nie miałam ochoty siadać prze monitorem.
Wjeżdżając tym razem do Tajlandii postanowiliśmy poczuć się trochę jak wyspiarze, których tutejsi nazywają "morskimi cyganami". Wiedzieliśmy z góry, że czas mamy ograniczony, a tych wysp, jak na złość jest nieskończona ilość. W dodatku podjęcie decyzji, na którą z nich się udać, kiedy w grę wchodzą cztery różne opinie też nie jest łatwe. Kierując się bardziej intuicją niż czymkolwiek innym, a już na pewno nie popularnością wybieranych miejsc, na pierwszy ogień zdecydowaliśmy się na Koh Lipe. 
Plaża Zachodzącego Słońca, Koh Lipe
Część zbędnego dobytku zamknęliśmy w motorowym kufrze i zostawiliśmy na brzegu. Z lekkimi plecakami, małym zapasem jedzenia i wody popłynęliśmy. Lokum w podwórku jakiegoś tajskiego gospodarstwa udało się znaleźć nawet bez większych przeszkód, plaża pięć minut spacerkiem, jakieś małe knajpki pod nosem. Co prawda trochę dla nas zbyt tłocznio i gwarno prezentowała się ta wysepka, ale mamy już za sobą tak piękne miejsca, że nawet nas to specjalnie nie rozczarowało. 
Rybackie "long tail" 
Od pierwszych minut pobytu usadowiliśmy się z Antonim na krzesełkach, w cieniu naszego podwórka i zaczęliśmy nadrabiać zaległości w lekturze. Gdyby nie to, że czasem odczuwaliśmy głód lub senność, chyba w ogóle nie przerywalibyśmy czytania. Kilka razy jakaś nieznana siła wepchnęła nas dla ochłody do morza i wypędziła na spacer (moim motywatorem była mysz buszująca po naszym pokoiku), ale generalnie 80% czasu spędzonego na koh Lipe upłynęło nam na czytaniu. 
Antek połyka Sapkowskiego
Na koniec tej kilkudniowej siesty zamówiliśmy u naszego gospodarza świeżutką, pieczona rybę, którą tego samego dnia złowił. Pyszności! Poza tym miło zjeść coś ciepłego i świeżego w "domowej" atmosferze. Nawet jeśli stół został nakryty na piaszczystym podwórku:-)
"Banana, coconut, cinamon...juhu juhu!"
Wyspa numer dwa, na którą trafiliśmy trzy dni później była spontaniczną decyzją. Znaleźliśmy się w Krabi, nadmorskim kurorcie i nie bardzo wiedzieliśmy co dalej. Jakiś nieopanowany tłum ze zgrzewkami piwa pod pachą  ciągnął na wyspę Pipi. Wyglądało to fatalnie, a do tego zapowiadało się drogo. Po wizji lokalnej pojawiła się nam opcja spędzenia kilku dni na koh Yum. 
To bardzo mała wyspa, przy odrobinie samozaparcia można w ciągu jednego dnia obejść ją dookoła, tylko po co? Koh Yum, to przede wszystkim życie w zwolnionym tempie. Ponieważ elektryczność zawitała tam dopiero w ostatnich latach nie rozwinęły się  jeszcze resorty i imprezownie, nie ma deptaku z pamiątkami, studia tatuażu itp. Za to można łazić godzinami po pustej plaży, obserwować zachody słońca, które są tu spektakularne, można również ogłuchnąć od wieczornych cykad. 
W oczekiwaniu na zachód słońca...
Zrobiliśmy się przez ten wyspiarski klimat trochę rozleniwieni i wygodniccy, a może po prostu brakuje nam trochę normalnego życia, bo zamiast biegać po krzakach i szukać miejsca na rozbicie namiotu znowu ulokowaliśmy się w malutkim, ale wygodnym domku. Od wczoraj mamy także swój własny czajnik elektryczny, dzięki któremu możemy nawet ugotować sobie mały obiad. No, może trochę to nad wyrost powiedziane, ale gotujemy w nim jajka, warzywka, mieszamy to z makaronem z zupki chińskiej i dodajemy przypraw do tom yam'a. Wychodzi z tego jarzynówka pierwsza klasa! No i możemy zacząć dzień od kubka kawy, z książką, na tarasie naszej chatki. 
Antek i śniadanie
To jedna z najprzyjemniejszych chwil całego dnia. Resztę czasu wypełniają nam spacery, zbieranie muszelek i takie tam mało istotne, ale jak przyjemne sprawy. Niesamowicie dużo czasu zabiera nam także myślenie o przyszłości i planowanie rzeczywistości po powrocie. Chyba skłania nas do tego zbliżający się wielkimi krokami wyjazd Ady. Dziwnie będzie bez niej i na razie nie potrafię sobie tego wyobrazić. 

Na koniec zostawiamy sobie wodny rezerwat Surin, który leży na morskiej granicy Tajlandii i Birmy. Przyroda na Surin jest pod dość ścisłą ochroną, a władze Parku Narodowego, który ma ją w swojej opiece, nie pozwalają na zbyt dużą ingerencję człowieka. W szczycie sezonu można zatrzymać się tam w jednej z kilku bambusowych chatek, ale w marcu działa tylko pole namiotowe. Jest oczywiście wyznaczone i przygotowane, tak aby obozowicze nie rozbijali się gdzie popadnie. 

Mimo pewnego rygoru, który z góry nam narzucono pobyt na Surin od początku zapowiadał się cudownie. Kolor wody, kolor piasku i kolor nieba, to trzy najpiękniejsze zjawiska na tej wyspie. A na czwartym miejscu w konkursie piękności postawiłabym nasze campingowe meble, które Antek (z naszą małą pomocą) sklecił z tego, co znaleźliśmy na plaży. 
1. Zbieranie surowca
2. Work in progress
3. Tadam!
Tutaj dzień zaczynaliśmy od kąpieli w morzu i długiego śniadania, które przeciągało się nam zwykle do południa. Po załatwieniu obowiązkowych pryszniców, prania itp. przez resztę dnia mogliśmy się legalnie byczyć. Przeszło mi nawet przez myśl, e to aż trochę nieprzyzwoite, ale rady na to nie było. Odkryliśmy również niesamowite miejsce, gdzie pływając z maską i rurką można znaleźć sie pomiędzy skałami rafy i przeróżnych podwodnych głazów. Cały efekt psuła mi trochę kołacząca się z tyłu głowy myśl, że w tych okolicach często pokazują się rekiny, no ale ostatecznie nikogo z nas nic nie pożarło, więc nie ma co narzekać. Rekiny z resztą widzieliśmy tylko małe, chyba zaledwie kilku tygodniowe. Przypływały prawie do samego brzegu naszej plaży i prześlizgiwały się nam pomiędzy nogami.
Polowanie na rekina
Wróżka Dobruszka
Na koh Surin podjęliśmy także ostateczna decyzję, co do długości naszej podróży. Postanowiliśmy ją skrócić o dwa z planowanych czterech krajów. Ostatecznie odwiedzimy jeszcze tylko Kambodżę i Laos, a Wietnam i Chiny zostawiamy na następny raz. Trochę szkoda, ale nie rozpaczamy z tego powodu. Wszystko jeszcze przed nami.
Dzisiaj mija nam ostatni dzień wspólnej podróży z Adą. Jesteśmy od kilku dni w Bangkoku i szykujemy się do przeprawy motorami przez Kambodżę,a  Ada kupuje pamiątki i ciepłe majtki, szykując się do powrotu na łono ojczyzny. My tez już mamy bilety powrotne w kieszeni, ale dopiero na 10 czerwca. Wszystko nam się od jutra zmieni...